CRUFTS EUROTRIP 2016

 

Już na kilka dni przed wyjazdem zbieramy amunicję. Ubrania, jedzenie, jedzenie dla psów, ubrania, ubrania, ubrania, pasteryzowanie jedzenia dla nas. Pierzemy do ostatniej chwili i suszymy w pomieszczeniu ze starym piecem kaflowym, by tylko się wyrobić przed godziną zero.

W piątek, 5 marca miał być autobus o 17:20 do Zakopanego, skąd miałem odebrać Olę i samochód jej chłopaka, 20 letnie Subaru Impreza, ale w świetnym stanie – DZIĘKI ŁUKASZ! Jest Subaru, jest Impreza! – niestety bus nie jechał. Musiała nastąpić zmiana planów i 2 godzinne opóźnienie, bo trzeba było jechać busem z Limanowej do Krakowa i dopiero do Zakopanego. Krótka instrukcja tankowania gazu i można ruszać w drogę powrotną, gdzie osamotniona Asia walczyła z pakowaniem.

Od 23:00 do 2:00 w nocy walczymy z tym, aby zamontować box dachowy (a o 24:00 planowany były wyjazd…). Okazało się, że jest za duży na nasze auto… ostatecznie przednia belka wpasowała się idealnie między relingi, a tylna z jednej strony zamontowana była po zewnętrznej stronie…. Można i tak. Jeszcze tylko odrobina pakowania i możemy jechać. Punktualnie o 4:26. Dokładnie 4 godziny i 26 minut po czasie. Ale nic to, jedziemy, nie ma to tamto, we Wrocławiu na szczęście nie musimy być punktualnie.

DSC01126O 6 rano dojeżdżamy do Krakowa, mimo, iż według planu już powinniśmy być we Wrocławiu… ale z czasem można walczyć nadal. Walczymy jeszcze z telefonowaniem do Kamila, by dotarł do nas i ruszył w dalszą drogę. Jak tylko się mu udało… to wyszło na jaw jak ciasno mamy w samochodzie. Niemieszcząca się do bagażnika klatka kennelowa solidnie zmniejszyła powierzchnię podróżnikom z tylnej kanapy. Lekko zawiany Kamil, wykończona Asia i nabijająca się z nich dwójka z przodu… Nie wróżyło to dobrze.

Zwiedzanie Wrocławia pozwoliliśmy sobie zaliczyć bez psiaków, które zostały pod opieką Oli u Radochny z hodowli Australian Kelpie – Red Radimus.

DSC01149

Wieczorem świętujemy zwycięstwa Scarlet Avalon Red Radimus wraz z jej właścicielką i w miarę szybko kładziemy się spać. Rano porzucamy naszą klatkę kennelową, zmieniamy układ bagaży, Baron w międzyczasie w zamian za gościnę urządza polowanie na pożywienie węża – myszki, co wychodzi mu niestety skutecznie, mimo natychmiastowej reakcji, potem wymieniamy walutę przez skromną godzinę – pan w banku chyba liczył baaaardzo dokładnie ;). Z delikatnym opóźnieniem, ale w nowej odsłonie tylnej kanapy, ruszamy na podbój Berlina! Punkt 12:30 zamiast 8 rano, ale to tylko drobne szczegóły. Grunt, że z lepszym nastawieniem.

DSC01164

O 16:30 dojeżdżamy do Tropical Islands pod Berlinem, gdzie ładujemy akumulatory kierowców. W końcu od tego miejsca czeka nas jeszcze kilka tysięcy kilometrów do pokonania, więc taka przerwa jest jak najbardziej wskazana. W między czasie Kamil dostaje od Michała w twarz za patrzenie w nie te dziurki co potrzeba – czyli stanął i patrzył się w dyszę od prysznica z masażem… ciężko było się oprzeć naciśnięciu guzika… ;).

DSC01182

DSC01258

Kierujemy się na północ i o 21:30 dojeżdżamy do Berlina. Próbujemy znaleźć dzielnicę Charlottenburg, co po jakimś czasie się nam udaje, ale żołądki się odzywają – szukamy spokojnego miejsca na podgrzanie zapasów.

DSC01423

Tu też zostaliśmy pierwszy raz skontrolowani przez policję. Ktoś zgłosił, że w bogatej dzielnicy pod domami rozbiła się grupa na polskich blachach. Wytłumaczyliśmy, że gdzieś musieliśmy się zatrzymać, by zjeść, potem jedziemy dalej, i jak to się stało, że zupa była ciepła! J

O 23 wyruszyliśmy zobaczyć budynki Bundestagu, Bramę Brandenburską i kilka innych ciekawych miejsc znajdujących się przy Charlottenburg.

DSC01450 DSC01482

Nocujemy na stacji benzynowej (swoją drogą, przy autostradach LPG było bardzo drogie – 60 eurocentów, w mieście spokojnie za około 45-50 mogliśmy kupić litr) za Berlinem. Pierwsza noc to pierwsze nauki tego, jak powinniśmy się układać do snu… Nie tylko dla nas, ale i dla psów. Tylko konfiguracja się nie zmienia – Kamil na miejscu kierowcy, Ola obok, my z Asią i Beylą na tylnej kanapie, a Baron w bagażniku. Problemem było jak się wygodnie ułożyć, i tej nocy obudziliśmy się połamani. Beyla nawet spała w mistrzowskiej pozie – tyłek na nas, a przednie nogi na stojaka na wycieraczce… Potem zrozumiała swój błąd i się wywalała w całości na nas J. Rano Kamil zwiedział Shella w narodowym stroju – skarpetki, japonki i zimowa kurtka! 😀 DSC01496

O dziwo tym razem ruszamy w podróż punktualnie, ale kilka postojów i korek na autostradzie sprawiają, że do Deventer, do naszych znajomych dojeżdżamy ze sporym opóźnieniem, bo dopiero na 17:00, do tego trzeba jeszcze doliczyć pogubienie się w Deventer z odkryciem, że Ola… ustawiła nawigację nie na konkretny adres, a na centrum miasta, więc było ciekawie.

Nasze psiaki szybko załapały kontakt z psem Laurie i Bjorna – suczką labradora – Pepper. Ugościli nas pysznym spaghetti, a także możliwością wzięcia prysznica – z takiej okazji ciężko było nie skorzystać. W Holandii okazało się, że ceny są całkiem przystępne i ichniejszy odpowiednik Biedronki jest naprawdę tani. Szkoda, że ich stacje benzynowe nie są tak tanie ;). Zobaczyliśmy kawałek miasta, parku obok i bardzo miło spędziliśmy czas w towarzystwie całej trójki.

DSC01540 DSC01547O 21 udaje nam się ruszyć na podbój Amsterdamu! Tutaj zwiedzaliśmy dwójkami, psiaki znów zostały w samochodzie, a i my nie mamy zbyt wielu zdjęć, bo… aż wstyd się przyznać… głównym celem naszej podróży była dzielnica Czerwonych Latarni ;). Jest tam całkiem ciekawie, jak nie mijają Cię tańczący panowie śpiewający „heroiiiiiin, kokaiiin”, to można oko zawiesić na czymś, o ile nie trafi się niebieska obwódka… wtedy można się lekko naciąć :D.

DSC01576

Amsterdam musieliśmy opuścić o 00:30 i tym razem nie było czasu na spanie ani zatrzymywanie, jedziemy jak szaleni, bo się lekko zagapiliśmy i musimy zdążyć na prom o 5:50. Do Calais wjeżdżamy o 5:45. Do portu wjeżdżamy bez problemów, w zasadzie to co było widać w telewizji bardzo ucichło – być może przez godzinę, być może przez to, że część obozu została wyburzona. Widać było tylko sporo radiowozów na sygnale, ale żadnych przeszkód nie. O 5:50 niestety dowiadujemy się, że jeden z naszych psów, z winy weterynarza z Polski, nie może wejść na prom. Na szczęście mamy książeczkę zdrowia gdzie są niezbędne wpisy i tylko musimy poczekać do 8 rano aż otworzą weterynarza w Calais i nam przepisze do paszportu to co trzeba. Od 6 rano szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się… najzwyczajniej w świecie wysikać. Ale tak łatwo nie ma, na ani jednej czynnej stacji toalet nie ma, nawet policja nam pomóc nie może, o 7:30 znajdujemy dopiero zaciszne miejsce w krzakach… dłużej szukać się nie dało.

I to była ta chwila… gdy mogliśmy w końcu się chwilę drzemnąć pod lecznicą weterynaryjną, ale jak się okazuje – tutaj wymagają jakichś skanów chipowania i innych rzeczy, nic załatwić nie możemy, szukamy innego weterynarza i o 9:20 udaje nam się za jedyne 30€ przepisać szczepienie przeciwko wściekliźnie z książeczki do paszportu… i dokładnie to samo mógł zrobić polski wet przy zakładaniu paszportu…

Na szczęście kolejna kontrola przebiegła bez problemu i o 11 wjechaliśmy na prom, bez żadnych dopłat za opóźnienie. To były ostatnie chwile na kontynencie.

DSC01579

Podróż promem przebiegła bezproblemowo, po psiakach stresu nie było widać (musiały zostać w samochodzie), my mieliśmy lekkie problemy z chodzeniem – wszak na falach uciekała podłoga J. Po godzince byliśmy już w Dover.

DSC01671

Z promu wyjechaliśmy za samochodem na angielskich tablicach, żeby załapać sposób jazdy, udało się dość szybko i problemów nie było… dopóki nie zaczęliśmy chodzić piechotą, zwiedzając park obok zamku w Dover. Przechodząc przez ulicę na wysepkę Asia prawie wpadła pod samochód, bo popatrzyła nie tam gdzie trzeba ;).

DSC01872Po 14 wyruszamy w podróż do Canterbury, gdzie oglądamy Tower, park i katedrę – naprawdę robią wrażenie! Do wnętrza katedry nie wpuszczają z psami, ale wszystkie tereny dookoła jak najbardziej z czworonogiem zwiedzać można! Ogrom i przepych tych miejsc nas ujmują. Anglia ma w sobie coś mistycznego, co pokazała nam w dalszej części podróży.

DSC01997

Do Londynu postanowiliśmy jechać przez Maidstone, w nawigacji ustawiając trasę KRÓTKĄ – tak, żeby więcej pozwiedzać, może znaleźć fajne miejsce do przespania się. Przejeżdżamy przez iście filmową krainę, która zachwyca nas swoim krajobrazem, pięknymi domkami, przepięknie zarośniętymi drzewami – cudowną kompozycją… Ostatecznie dojeżdżamy do Maidstone i znajdujemy parking… jak się rano okazuje – płatny i w centrum miasta, więc skoro świt – bo o 6:20 – wyjeżdżamy do Londynu nim będą „godziny urzędowania” J. Potem czeka na nas jeszcze zaskakujący wjazd na rondo – zjazdowe z autostrady, 3 pasy, brak świateł i auta jeżdżące po nim w granicach 100km/h… ale się udało! 😀

DSC02008 DSC02015 DSC02013 DSC02011 DSC02010 DSC02009

W Londynie poszukiwania gazu zaczynamy już na przedmieściach… o 8 rano. Gdzieś w tej okolicy też zdarzyła się pierwsza… i ostatnia wpadka z jazdą po złej stronie drogi – chwila nieuwagi i na skrzyżowaniu dwupasmowym wjechaliśmy pod prąd…. Na szczęście krawężnik był niski i obyło się bez większych problemów, ale auta z naprzeciwka były tuż tuż. O 9 udaje nam się zatankować, a w okolice Tower Bridge docieramy dopiero na 10:30. Tam Kamil wciela się w rolę sprzątacza i myje nam naczynia nad jedną ze studzienek kanalizacyjnych.

DSC02044

Potem jemy szybkie śniadanie i idziemy zwiedzać – oczywiście z psiakami. Po przejściu przez ten wspaniały most, obchodzimy dookoła całe Tower (Beyla tu pokazała swoje zapędy myśliwskie i ostro oszczekiwała wyrzeźbione lwy i inne wielkie koty) i Ten Trinity Square, a potem kierujemy się w stronę Big Bena i angielskiego parlamentu oraz jego ogrodów.

DSC02056

W dalszą drogę ruszamy koło pałacu Buckingham, potem przez Westminster Abbey i kierujemy się do Mapledurham, gdzie Kamil chce mieć koniecznie zdjęcie pod młynem, który był okładką jednego z albumów Black Sabbath. Nawigacja prowadzi nas do centrum tej wioski… aczkolwiek droga ta jest wąska, kręta i prowadzi do, jak nam się zdaje, nikąd. Po dojechaniu do celu dziewczyny poczuły się jak w prawdziwym horrorze. Młyn jest obok ładnego, starszego kościółka, wszędzie ciemno, obok kościoła groby… Światło samo się zapaliło, drzwi do kościółka złowieszczo uchylone. Jak tylko Kamil zrobił upragnione zdjęcie – dziewczyny jak najszybciej zarządziły taktyczny odwrót i byliśmy już w dalszej drogę, dodając do punktu drogi Stonehenge.

DSC02264

Niestety niedługo później Michała męczy spanie, zjeżdżamy na najbliższy parking, okazuje się, że bezpłatnie spać można maksymalnie 2 godziny – skwapliwie z tego korzystamy, Kamil pilnuje czasu zwiedzając nasze miejsce postojowe. Z musu ruszamy dalej, ale o 1 w nocy wymuszony został kolejny postój na parkingu dla TIRów koło autostrady, tam pozostaliśmy już do rana…

DSC02283

Do Stonehenge dojeżdżamy… zbyt wcześnie – otwierają dopiero od 9:00 – pozostały czas (1,5h) poświęcamy na znalezienie stacji benzynowej z gazem i łazienkami. Udaje się w miarę szybko, więc jemy śniadanko i na 9:40 jesteśmy z powrotem. Miny nam zrzedły jak zobaczyliśmy, że wejście do Stonehenge kosztuje… 17 funtów. Na szczęście okazało się potem, że płatne jest bezpośrednie oglądanie i słuchanie, natomiast można całkiem blisko podejść bez kupowania biletów – nawet strażnicy pokazują drogę.

ACTION CAM

ACTION CAM

Następnym punktem podróży jest Cheddar Gorge – piękny wąwóz wapienny, „Area of Outstanding Natural Beauty”. Coś na co czekaliśmy od samego początku – solidna porcja biegania! Miejsce to było przepiękne, obok wystających z dwóch stron drogi klifów, widok rozpościerał się na równiny i jezioro. Można się było poczuć jak w prawdziwych górach, ale nim wyruszyliśmy – obowiązkowa zupka.

 

ACTION CAM

Było to miejsce magiczne, gdzie można było obcować z przyrodą – spotkaliśmy po drodze dzikie konie, kozice górskie, nawet z młodymi, które nie panikowały na widok psów. Wspaniałe widoki i przejścia. Zwierzyna jest tak rozlokowana, by nie mogła samodzielnie przechodzić, pomiędzy poszczególnymi parcelami są bramki, które pozwalają chodzić turystom – a zwierzakom nie. Anglicy nawet to mają przemyślane ;).

 

ACTION CAM

O 18 ruszamy w drogę do Bristolu, gdzie będziemy spać już do wystawy, u Basi zwanej przez nas Barbelką, która hoduje elkhundy w Anglii. Przejeżdżamy przez wioskę Cheddar – wybudowaną i wkutą w klify. Widok niesamowity. Do Bristolu wjazd mamy równie piękny – z widokiem na całe miasto.

Chwilę później zapoznajemy nasze dwa psiaki z szóstką rezydentek. Na szczęście bez kłopotów i w miarę spokojnie, jak na taką grupę. Basia gości nas pysznymi naleśnikami, jednocześnie opowiadając o elkach – ogrom wiedzy nas poraża, widać jak bardzo hodowcom zależy na psach – przynajmniej w tej rasie. Kończymy rozmowy dopiero o północy, mimo że zmęczenie dławiło nas już o wiele wcześniej.

DSC02563Następny dzień spędzamy na rozmowach z Basią, która ma naprawdę olbrzymią wiedzę o hodowli (za której przekazanie jej serdecznie dziękujemy!), potem robimy zakupy w sklepie „Polskie smaki”, który do Polaków wcale nie należy ;). Na rozmowach upływa nam cały dzień, mimo, że wcześniej planowaliśmy zwiedzać Bristol – zmęczenie jednak było zbyt duże ;).

7 rano, niedziela, 13 marca 2016 – punktualnie budzimy się i szykujemy do wyjazdu, mimo planu, że ruszymy o 8:00, udaje nam się opuścić dom dopiero o 8:40… a tu jeszcze musimy znaleźć stację z LPG, co udaje się po godzinie… Na 11:45 wjeżdżamy do Birmingham i parkujemy na terenie wystawy…

 

DSC02579Stamtąd jeszcze tylko 20 minut spaceru na odpowiedni ring (27) w hali nr 5. Nasz boks ma numerek 21009.

 

 

Dość ciężko jest znaleźć miejsce gdzie wydawane są katalogi, trudno jest się odnaleźć co, gdzie i kiedy ma być. Elkhundy zaczynają wystawiać się dopiero o 15:30. Beyla, jak na pilną uczennicę przystało – przygotowywała się jeszcze przed wejściem na ring.

DSC02636Na ringu niestety nie poszło po naszej myśli – Beyli dało się we znaki zmęczenie długotrwałą podróżą i niezbyt wygodnym spaniem. Nie udało się pokonać konkurentów, ale najważniejsze, że zebraliśmy sporo nowych doświadczeń i zobaczyliśmy tę legendarną wystawę o której marzy nie jeden wystawca.

DSC02696

 

 

Cruft’s miał swoje dobre i złe strony. Jest naprawdę potężną wystawą – 22 000 psów mówi samo za siebie. Ale nie bez problemów organizacyjnych. Chcąc coś zobaczyć – nie da się być tylko na jeden dzień. Jest mnóstwo stoisk rozsianych po wszystkich halach, na ringach nie ma żadnej informacji odnośnie tego jaka klasa jest oceniana, jakie numery uczestników – coś co świetnie sprawdza się na wystawach w Polsce i pozwala się połapać każdemu – pod tym względem mogliby się od nas uczyć J. Kolejnym z minusów jest fakt, że wiele ze stoisk jest ze wszystkim: samochody, buty, kalosze, ubrania – naprawdę wszystko można tam kupić, a z pamiątkami… było jedno stoisko i nic więcej… No chyba, że nie udało nam się znaleźć. Ale to też wina tego, że po ocenie naszej suczki sporo stoisk zaczęło zwijać swoje żagle.

DSC02751DSC03240O 21 wróciliśmy do Bristolu, odstawiliśmy psy i poszliśmy do pubu na kolację i piwo, by odreagować stres i emocje całego dnia. To był smaczny i miły wieczór z Barbarą i Jej mężem. Szczerze możemy polecić Witherspoona J. O północy wróciliśmy do domu, pogadaliśmy jeszcze i do spania, bo kolejny dzień to już ciężka walka o powrót do domu…

DSC03323

 

 

 

 

Wstajemy o 8 rano, pakujemy się, jemy śniadanie i cały czas rozmawiamy z Basią, by chłonąć jej wiedzę J. Ostatnie pieszczoty i zdjęcia z elkhundami zdają się nie mieć końca. Dopiero o 10:40 wyjeżdżamy i naszym celem staje się New Forest. Po drodze zaczyna nam brakować paliwa… nie tylko gazu ale i benzyny. W poszukiwaniu zapasów trafiliśmy do miasteczka Frome – ślicznie zabudowanego.

Na stacji gdzie miał być gaz okazało się… że jest zepsuty. W warsztacie obok wyszło, że mamy kawałek do najbliższej, ale nie ma tego złego. Po powrocie do auta pracownicy poprosili, by przetestować czy gaz u nich jednak nie zadziała i całe szczęście udało się… Mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.

W New Forest zaliczyliśmy bieganie typowo przełajowe, przez mocno zarośnięty las z wieloma ścieżkami donikąd.

DSC03531 DSC03462

 

 

 

Po szybkim bieganiu ruszamy do Midhurst i zwiedzamy okoliczną wioskę Iping, gdzie jest bardzo dużo szlaków konnych. Tu również zaliczamy krótkie bieganie i chcemy zjeść w okolicznej restauracji, lecz… po podliczeniu finansów okazuje się, że takiej możliwości to my już nie mamy 😉

DSC03596Nauczeni doświadczeniem, mając jeszcze 100-150km zapasów gazu w baku rozpoczynamy poszukiwania stacji z LPG. Benzyny jest koło 15 litrów… spokojnie coś powinno być, prawda?

No niestety to jest Anglia. Nie prawda. Od 19:20 do 21:15 szukaliśmy odpowiedniej stacji. Dojechaliśmy do niej już na oparach benzyny. Na ryzyko zjeżdżając z autostrady i licząc się z tym, że po prostu holowanie będzie tańsze jak nie będziemy na autostradzie – na szczęście zostaliśmy uratowani i mogliśmy solidnie zatankować.

 

O 22 dojechaliśmy do Dover i przeszliśmy kontrolę celną. Beyla się spisała i pokazała celnikom, że mimo ich wielkich chęci, przeszukiwania wnętrza samochodu nie będzie – tam ona rządzi ;).

O 2 w nocy dotarliśmy do Calais, gdzie zjedliśmy i na parkingu dla TIRów poszliśmy spać.

DSC03685Z rana wyruszamy do Belgii, do rodzinki Oli. Tam zostaliśmy ugoszczeni pysznymi tostami i możliwością ogarnięcia się na dalsza podróż. DZIĘKUJEMY! Ledwo wyjechaliśmy z Belgii, a trafiły nam się pierwsze korki na autostradach. Łącznie dwa… po godzinie każdy. Po 15 musieliśmy zaliczyć pierwszy odpoczynek i chwilę później ruszyliśmy w dalszą drogę. O 1 w nocy, 300m od granicy… zatrzymała nas niemiecka policja. Myśli były już bardzo czarne, bo jednak mandat w złotówkach, a mandat w euro… to znacząca różnica. Do tego byliśmy mega głodni i odliczaliśmy kilometry od granicy Niemiec z Holandią do… polskiego McDonalda, by nas było jeszcze stać… Policja wzięła nasze dokumenty, dokumenty psów i wywołała Kamila do siebie… pobrali odciski palców, sprawdzali, zdążył biedny zmarznąć, bo kurtki nie zabrał. Na szczęście nic więcej nie chcieli – po prostu kiedyś zgłosił zaginięcie dokumentów i to było całe zamieszanie J.

 

Na McDonalda doczekaliśmy się dopiero we Wrocławiu, przy ul. Słubickiej. Czar jednak prysł… jak obsługa się pomyliła w zamówieniu, miała o to pretensje i jeszcze robiła wszystko z wielką łaską. Na szczęście kolejny McDonald w naszej drodze był znacznie lepszy J.

 

We Wrocławiu odebraliśmy jeszcze klatkę i do Limanowej dojechaliśmy w okolicach 15:00.

Wielkie podziękowania dla Łukasza, bez którego ta podróż by się nie odbyła i dla Ania Bukowiec​ za opiekę nad psiakami! :) Dziękujemy też Basi Bargańskiej za noclegi w Bristolu :)

I pamiętajcie wszyscy:

JEST SUBARU

DSC03705 JEST

DSC03706

 PRZYDATNE WSKAZÓWKI:

Niemcy, Holandia, Belgia, Francja – tylko raz mieliśmy problem z zatankowaniem gazu

Wielka Brytania – tutaj gaz jest bardzo rzadko, bez zapasów benzyny nie warto wyjeżdżać na autostradę

Mając auto na gaz trzeba pamiętać, że w takiej podróży potrzebne są 2 rodzaje przejściówek – inaczej nie zatankujemy.

Kagańce dla psów nie były nigdzie potrzebne.

Płynąc z firmą P&O Ferries otrzymacie paczkę podróżną dla psiaka za free – do nas jeszcze nie dotarła, ale dochodzą do nawet 21 dni, więc póki co – czekamy. Wystarczy zarejestrować się na stronie petspyjamas.com

W Anglii prawie wszędzie psy są mile widziane, można zwiedzać zewnętrzne części zabytków, parki narodowe – nie ma z tym żadnego problemu.

Na CRUFT’s się trzeba bardzo, ale to bardzo dokładnie pilnować kiedy czyja kolej, by nie przegapić swojego wejścia.

Wyjazd na samą wystawę to muszą być 2 dni – nie ma innej możliwości zobaczenia czegoś więcej niż własny ring ;).

W Belgii jest tanie paliwo. Za gaz płaciliśmy nawet po 35-39 centów.

Planując przeprawę promem z psem sprawdźcie sto razy jego paszport, najlepiej u dwóch różnych weterynarzy – niewielki błąd może zniweczyć Waszą podróż.

 LINK DO PEŁNEJ GALERII ZDJĘĆ!